Co zakryły Mgły...
2006
wrzesień (2)
październik (2)
listopad (1)
grudzień (2)

2007
luty (1)
marzec (1)
kwiecień (1)
maj (1)

2011
styczeń (1)







Dodaj do ulubionych



***
CURRENT MOON
moon phase

***
Atention!
Wszystko co znajduje się na tym blogu jest wytworem mojej chorej wyobraźni. Proszę się nie czepiać jakichkolwiek nieścisłości, przerabiania mitologii czy też niepoprawności politycznej :P

Równocześnie proszę z łaski swojej nie utożsamiać autorki z główną bohaterką. To, że jest podobna, to nie znaczy, że to ja ;P

dziękuję za uwagę :P
... >> sobota, 15 stycznia 2011 23:27:19
ile to już lat (?!) mineło Oo...
komentarze [0]



XI. Dzień wolny >> czwartek, 31 maja 2007 22:46:28
„Jak dawno nie latałem!” – uzmysłowił sobie Anioł.
Wycieczka do Nieba i z powrotem miała zająć nie więcej niż kilka godzin ziemskiego czasu, ale po rozprostowaniu skrzydeł postanowił trochę odpocząć od obecnego zadania. W końcu każdemu przysługuje urlop, a on od ponad czterech lat nie wziął ani dnia wolnego. Należy mu się chociaż chwila wytchnienia!
Artur z całą pewnością nie był najgorszym człowiekiem jakiego spotkał i z jakim dane mu było pracować, mimo wszystko potrafił działać Aniołowi na nerwy.
I ta dziewczyna... Zawisł w powietrzu. Dlaczego do cholery wciąż widział jej twarz, szare jak pochmurne niebo oczy szybko przebiegające tekst? Z pewnością nie była zwykła istotą, oboje z Arturem to stwierdzili, ale Anioł nie potrafił wyjaśnić co takiego niezwykłego w sobie miała.
Otrząsnął się z tych myśli. Skoro to ma być dzień wolny, nie będzie sobie zaprzątał głowy tymi sprawami, dość ich ma na co dzień.
Postanowił, że odwiedzi kolegów, którzy w przeciwieństwie do niego woleli zając się robotą papierkową i pewnie tkwili za swoimi biurkami. Wpaść tam zresztą nie było najgorszym pomysłem, przy okazji wypisze sobie urlop na żądanie, żeby w razie czego całe to cholerne biurokracyjne monstrum nie mogło się do niego przyczepić. Wzbił się wyżej ku Niebu i już żadną myślą nie zahaczył nawet o Artura ani o tę całą tajemniczą dziewczynę.

Artur nie mógł sobie znaleźć miejsca od kiedy pasożyt go opuścił. Po prostu powiedział, że spada na chwilę i już go nie było. Tymczasem ta jego chwila zajęła więcej niż pół dnia. Na dworze zdążył zapaść zmrok i, chociaż trudno to było przyznać Arturowi, zaczynał się poważnie niepokoić jego nieobecnością.
- Właściwie powinienem korzystać – mruknął do siebie tępo wpatrując się w telewizor.
- Mówiłeś coś do mnie? Czy znów rozmawiasz z jedynym człowiekiem na poziomie – zapytał ojciec.
Młody zachichotał złośliwie.
- Wychodzę – Artur zdecydował się w jednej chwili.
- Teraz? – ojciec aż opuścił czytaną gazetę. – Przecież za chwilę zacznie się mecz.
Ale Artur już narzucał na siebie kurtkę i nie bacząc na zszokowane spojrzenia, najnormalniej w świecie wyszedł.
- Tato, chyba coś się stało... – szepnął Alex.
Ojciec zmrużył oczy obiecując sobie w duchu, że jutro znajdzie chwilę, żeby porozmawiać ze starszym synem. Coś musiało się stać... Nie znał siły, która była w stanie odciągnąć Artura od telewizora, gdy akurat miał być mecz, ale czuł przed nią respekt.

Rodzice wysłali mnie do sklepu, żebym już dłużej nie bawiła się w łażenie po wodzie. Zastanawiam się czy po moim wyjściu nie zadzwonili do znajomego psychologa i nie zapytali czy moje zachowanie nie wskazuje przypadkiem na jakieś problemy emocjonalne...
Wychodząc na dwór, w zimnych podmuchach wiatru, znów powrócił niepokój o Merlina. Spojrzałam w ciemne niebo, księżyc był ledwo widoczny, jutro lub pojutrze nie będzie go już w ogóle widać. Gwiazdy lśniły niezmiennym blaskiem, mimo że światła elektryczne starają się je zagłuszyć... Uśmiechnęłam się. Patrzenie w niebo od zawsze sprowadzało uśmiech na moją twarz.
Zimny wiatr przypomniał dlaczego w ogóle wyszłam z domu. Do sklepu... zaraz! CHWILA!
Rozejrzałam się, ale nie mogłam niczego dostrzec, stałam wśród nieprzeniknionej mgły. Muszę przyznać, że powoli to zjawisko atmosferyczne zaczynało mi działać na nerwy. Znów pojawiło się niewiadomo skąd, niewiadomo kiedy przypełzło niepostrzeżenie i zasłoniło świat.
Usłyszałam kroki. Poczułam, że cała zdrętwiałam ze strachu. Przed oczami stanęły mi wszelkiej maści potwory, upiory i inne dziwadła, jakie tylko wyobraźnia była w stanie mi pokazać. Ten demon, o którym wspomniał Uriel...
Uciekać czy nie uciekać? Może mnie nie zauważy...
„Coś” było coraz bliżej...
„Idzie prosto na mnie, jakby dokładnie wiedziało gdzie jestem” – pomyślałam z coraz większym przerażeniem.
Wtedy błysnęła mi myśl, że skoro to nie człowiek, może zwykła mgła nie przeszkadza temu czemuś widzieć. Albo to coś w ogóle nie ma oczu i kieruje się zapachem.
Odwróciłam się w przeciwnym kierunku do tego, z którego słyszałam kroki i pobiegłam przed siebie. Panika dodała mi niesamowitej szybkości. Wydawało mi się w którymś momencie, że nie biegłam a leciałam.
Wreszcie po dłuższym czasie zatrzymałam się dysząc ciężko. Próbując wyrównać oddech nasłuchiwałam, ale jedyne co dochodziło do moich uszu to... jęki.
Mgła jakby rzedła coraz bardziej... powoli przede mną pojawiał się obraz jakiegoś pola... Dochodził do mnie smród spalenizny... Jęki stały się głośniejsze. Dźwięk jakby powiewających na wietrze flag...
Stałam nie wiedząc co zrobić, ale coraz bardziej docierało do mnie, że biegnąc w tej mgle oddaliłam się od... mojego świata. Inaczej nie mogłam tego ująć. To co teraz powoli dociera do mnie zza mgielnej zasłony, to nie jest dobrze mi znane miasto...
Cofnęłam się odruchowo kilka kroków i mgła znów całkowicie mnie otoczyła. Zadusiła wszelkie zapachy i dźwięki.
Stałam sama w jakimś dziwnym miejscu bez nazwy... daleko od domu.
Wtedy naszła mnie myśl, że może jednak jakoś dotrę do Avalonu. Szalony pomysł, bo nie sposób zorientować się w którą stronę iść... ale błysnęła mi jakaś nadzieja!
Jeśli dobrze pamiętam, to zanim tam dotarłam słyszałam śpiew... dość niebezpieczne miał działanie, ale jeśli bym usłyszała ową pieśń to chociaż mniej więcej wiedziałabym, że zmierzam w dobrym kierunku.
Wolałam nie myśleć, że to miejsce, które najwidoczniej znajdowało się poza czasem, może być rozległe... Nie mogę sobie pozwolić na panikę, nie teraz.
Kiedy ostatni raz szłam wśród mgieł, byłam prowadzona przez Merlina. Teraz mogłam liczyć jedynie na siebie i swój... zdrowy rozsądek... Czyli właściwie już po mnie...

Anioł zasiedział się u kolegów. Dawno się nie widzieli, więc musieli trochę powspominać, poopowiadać sobie o jakichś najciekawszych przypadkach w ich karierze...
Jedno co poważnie wkurzyło „pana pasożyta”, był fakt, że żaden z jego kolegów nie potrafił uwierzyć, że od czterech lat pracuje nad jedną sprawą i w dodatku mieszka sobie w ludzkim ciele.
- Ależ to zabronione – stwierdził dziwnie blady jedne z nich, gdy tylko o tym usłyszał.
- Owszem, ale są pewne odstępstwa od reguły. Dostałem pisemne pozwolenie z samej góry – pochwalił się machając im przed nosem świstkiem, który dla pewności zawsze miał przy sobie.
- Podpisy i pieczęcie Gabriela i Uriela... – przyjrzeli się papierowi koledzy.
Miłą pogawędkę przerwało wtargnięcie Archanioła Michała. Wpadł tam jak zwykle w zbroi i jak zwykle w nienajlepszym humorze.
- Gdzie Uriel do cholery? – wydarł się od progu i nerwowym ruchem odgarnął z twarzy czarne kosmyki, którym udało się uwolnić z warkocza.
Wszyscy jak na komendę wstali i pokłonili się Wodzowi Zastępów.
- Gdzie ta złośliwa blondynka, pytam?! – Michała widocznie ich szacunek niewiele obchodził.
Niewiadomo skąd pojawił się Uriel w całej swojej chwale i oślepiającym świetle.
Nawet Michał musiał zmrużyć oczy.
- Cóż to za wtargnięcie? – odezwał się potężnym głosem blondwłosy Archanioł.
- Daruj sobie te fajerwerki – warknął Wódz Zastępów. – Ja się pytam co znaczy twoim zdaniem ten list?
Uriel złapał w locie rzucony mu zwój. Spokojnie rozwinął go, przebiegł wzrokiem własne pismo i nie zmieniając wyrazu twarzy odpowiedział:
- Którego słowa tego listu nasz mężny Wódz nie zrozumiał?
Powietrze wokół Michała zaczęło się elektryzować. Stojący najbliżej niego urzędnicy odsunęli się na w miarę bezpieczną odległość. Choć jaką odległość można nazwać bezpieczną, gdy Wódz Zastępów się wkurzy...?
Michał podszedł do Uriela, wyrwał mu z ręki zwój i ryknął:
- BRAK FUNDUSZY NA ROZBUDOWĘ ZASTĘPÓW!
- O to już całe zdanie – zauważył blondyn. – Nie podejrzewałem cię o takie braki w wykształceniu.
- URIEL DO CIĘŻKIEJ CHOLERY!!!
W tej chwili dość obojętna twarz Uriela zupełnie zmieniła swój wyraz. Oczy zaczęły coraz bardziej jaśnieć, a włosy powiewały jak szalone, mimo że ruch powietrza był minimalny. Głos jednak nadal miał spokojny, ale widać było, że niewiele brakuje, żeby stracił panowanie nad sobą.
- Wpadasz do mojego biura bez zaproszenia, a potem jeszcze się na mnie wydzierasz. Pokażę ci nasz ostatnio opracowany budżet, jeśli znajdziesz środki na rozbudowę Zastępów, to ci je dam, ale nie jestem Stwórcą, nie wyczaruję ci ich!
Michał uspokoił się trochę. Uriel również powoli wracał do normy.
- Pogadamy u mnie – mruknął, odwrócił się i udał w kierunku swojego biura.
Michał bez słowa podreptał za nim.
Wszyscy pozostali westchnęli z ulgą.
Po chwili jednak Uriel wrócił, szybko przebiegł wzrokiem po zebranych, a gdy napotkał wzrok Anioła zajmującego się Alexem, skinął na niego. Ten podszedł nieco zdziwiony...
- Co tu robisz? – zapytał Uriel niemal szeptem równocześnie odciągając go na bok. – Dlaczego nie jesteś na dole?
- Dzień urlopu – szybko zaczął się bronić. – Pierwszy od czterech lat!
Uriel wziął papier, którym niemal zasłaniał się Anioł z Interweniówki.
- No tak... faktycznie.. Ale na drugi raz daj znać wcześniej, że chcesz wolne. Alexa nie można zostawić nawet na chwilę bez opieki.
„Pasożyt” wolał się nie przyznać, że przez to, iż mieszka w ciele Artura więcej niż często pozostawia młodego bez opieki. Ale skoro dzieciak i tak go nie słyszy, to co za sens miałoby po prostu latać za nim?
- Jutro od samego rana masz już przy nim czuwać, zrozumiano?
- Tak jest!
Uriel westchnął i udał się do swojego gabinetu... o ile w między czasie nie rozniósł go Michał.
Anioł szybko pożegnał się z kolegami i poleciał na ziemię, ale nie zastał Artura w domu, mimo że był środek nocy. Zaatakowały go wyrzuty sumienia... może Artur znów stał się ośrodkiem jakichś dziwnych wydarzeń i coś mu się stało... może ten dzień, nie był najlepszym dniem, żeby brać wolne. Z pewnym niepokojem poleciał go szukać...

komentarze [6]



X. Praca Anioła >> wtorek, 24 kwietnia 2007 14:15:56
Minęło kilka dni, a pasożyt nie dawał mu spokoju. Właściwie myśl o pasożycie nie dawała mu spokoju, bo głos prawie się nie odzywał, to już samo w sobie wydawało się co najmniej podejrzane. Pasożyt dawał o sobie znać jedynie, gdy miał coś do powiedzenia na temat dzieciaka.
Mimo wszystko czuł się nieswojo... jak chyba jeszcze nigdy. Miał takie wrażenie, jakkolwiek dziwne, że stan duchowy Anioła wpływa bezpośrednio na niego. To całe rozdrażnienie było i, jednocześnie, nie było jego...
W końcu stracił cierpliwość.
Poczekał aż brat i ojciec opuścili mieszkanie i postanowił poważnie pogadać z pasożytem.
- O co ci chodzi? – zaczął ni z tego ni z owego.
„Co masz na myśli?” – głos był zdziwiony.
- Nosi cię!
„Mnie? To ty się od kilku dni ciskasz!” – zauważył pasożyt.
- Przez ciebie!
„Co ja mam z tym znowu wspólnego?”
- Masz jakieś takie złe samopoczucie. Wyczułeś gdzieś, jak to nazywasz, zło i nie jesteś wstanie dokładnie stwierdzić co to, w związku z czym czujesz się rozdrażniony.
Po dłuższej chwili głos odezwał się poważnie zdziwiony:
„Skąd możesz to wiedzieć?”
- Nie wiem i nie interesuje mnie to. Natomiast bardzo mnie to denerwuje.
„Denerwuje?! Wiesz co cię denerwuje, o panie przenikliwy jak promienie gamma? Denerwuje cię to, że spotkałeś tamtą dziewczynę, tę która na ciebie wpadła i kogoś ci przypomina. Nie możesz sobie przypomnieć kogo, a wydaje ci się to dość istotne.” – zakończył pasożyt triumfalnie.
Na linii ognia zapanowała cisza. Fakt. Głos też miał rację.
Obaj zatonęli we własnych myślach.

Anioł, po raz niewiadomo który, zaczął się zastanawiać co pchnęło go do wybrania takiej, a nie inne profesji...
Sam koniecznie chciał się tam dostać, nikt go nie zmuszał. Teraz nie potrafił zrozumieć dlaczego? Bo Odziały Ziemskiej Interwencji wydawały się tak bardzo elitarne?
Głupota, czysta głupota. Choć trudno nie zauważyć, że dzięki tej robocie zdobył sobie niezłą opinię i ogólne poważanie w Niebie. Tylko co z tego, skoro tak rzadko tam bywał? A co gorsza będąc tu, na ziemi i uczestnicząc w różnych akcjach, nabył z czasem pewnych ludzkich cech. Gdzieś w każdym razie znikła ta anielska cierpliwość...
Szczególnie ostatnia robota... Pilnowanie tego smarkacza, Alexa. Nie dość, że dzieciak urodził się bez anioła stróża, co już samo w sobie było precedensem, to jeszcze pozostawał kompletnie głuchy na głosy anielskie! Niespotykane!
Z kolei ten jego brat... Artur, to zupełne przeciwieństwo Alexa. Wrażliwy na wszelkie nieziemskie istoty, jak rzadko kto! Aniołów z pewnością nie mógł zobaczyć, ale w jakiś sposób wyczuwał je i różne inne stworzenia. Sam nie do końca zdając sobie z tego sprawę, był często ośrodkiem dziwnych wydarzeń.
Anioł czasami zastanawiał się dlaczego ma pilnować młodego, który przy swoim starszym bracie wydawał się po prostu nieznośnym, ale całkiem zwyczajnym bachorem. Szczególnie utwierdził się w tym przekonaniu od chwili, gdy Artur odesłał niespokojnego ducha do wyższych sfer jednym tylko ruchem ręki!
Nie wiedział co ma o tym myśleć, ale z doświadczenia wiedział, że przełożonym nie zdaje się pytań. Polecanie natomiast należy spełniać możliwie jak najdokładniej, co też starał się robić...
Teraz jednak wyczuł gdzieś coś, co często nazywał złym, ale tak naprawdę powinno się to coś sklasyfikować jako byt pogański. Wyczuwał go dość mocno, mimo że nie znajdował się szczególnie blisko. Na pewno gdzieś w tym mieście, co do tego nie miał wątpliwości, ale to nie była zbyt dokładna lokalizacja. Istota ta musi być całkiem potężna, zdecydowanie przewyższała jego zdolności... Zresztą nie do niego należało zajmowanie się zbiegami z Rezerwatu.
Co jednak dziwniejsze Artur po raz pierwszy był w stanie wyczuć, o czym myśli Anioł. A przecież to prawie nie możliwe dla człowieka. Ot, kolejny dowód, że nie był zwykłym człowiekiem.
Ale co jeszcze bardziej zaskakujące, pomimo bariery, którą wedle umowy wzniósł wokół duszy Artura, przenikało do niego coraz więcej jego odczuć...
I jeszcze ta dziewczyna... NIE! Dlaczego znów o niej myśli? Czy to aby znów nie myśli Artura przenikają do niego? Nie umiał tego określić...
Trzeba przyznać, że po raz pierwszy zamieszkał w ciele człowieka, niejako dzieląc je z duszą ludzką. Ile przy tym miał latania za pozwoleniem... wolał sobie tego nie przypominać. Tym niemniej było to konieczne, jeżeli w jakiś sposób miał zając się przydzielonym mu bachorem, który w ogóle nie słyszał jego głosu...
Prawdę powiedziawszy, gdyby naprawdę chciał, tudzież gdyby zdobył kolejne tony pozwoleń, mógłby całkowicie przejąć kontrolę nad ciałem Artura. Wolał jednak współpracować tak jak teraz. Gdyby miał wojowniczą naturę, zaciągnąłby się do Zastępów Michasia... ale właśnie dlatego, że jej nie miał wybrał mniej brutalne zajęcie, mimo to wymagające często sprytu. Ale był to też jeden z niewielu wolnych zawodów, jakie można zdobyć w Niebie. O ile trzymało się kilku, trzeba przyznać, niewielu punktów regulaminu, miało się szerokie pole do popisu, bo bardzo często dostawało się zadanie i absolutnie żadnych wskazówek jak dokonać tego, czego oczekiwano. To z całą pewność te zalety, dla których wybrał właśnie swoją robotę.
Jednak ten byt pogański nie dawał mu spokoju. Mógłby to zgłosić... po prostu wpaść na chwilę gdzie trzeba i powiedzieć, że straż graniczna znowu kogoś nie dopilnowała, a potem wrócić. Co mogłoby się stać przez chwilę jego nieobecności?
Uznał, że to całkiem niezła myśl.
„Spadam na chwilę” – powiadomił Artura.
- Co? – zdziwił się. – Dokąd?
Nikt mu nie odpowiedział i po raz pierwszy od baaardzo dawno poczuł się zupełnie sam. Aż dziwne jak bardzo przeraziło go to uczucie.

komentarze [7]



IX. Głos >> wtorek, 27 marca 2007 00:47:12
„Zobacz co robi” – usłyszał znajomy głos w swoich myślach.
- A co ja służąca?! – warknął w odpowiedzi.
„Nie, ale taka była umowa, pamiętasz?”.
Westchnął ciężko, jakże by mógł zapomnieć?
Rzucił notatkami z wykładów z całej siły o ścianę, ale ruszył się.
„Nie denerwuj się, stres źle działa na organizm” – znów ten głos.
- Tak samo jak pasożyty – mruknął.
„Myślałem, że to już przerobiliśmy. Jestem tu po to, żeby pilnować dzieciaka, a ty mi masz pomóc”.
- Wiem, ale umowa była taka, że nie ładujesz się w moje prywatne sprawy. W związku z tym czy się stresuję czy nie, to nie jest twój zasrany interes.
„Notatki sobie zniszczysz”.
- Jeszcze słowo.
„Milczę”.
- No!
Odczekał chwilę, ale głos jak obiecał tak zrobił... siedział cicho. Znów westchnął tym razem z ulgą.
Wyszedł z pokoju i na palcach przekradł się pod zamknięte drzwi pomieszczenia obok, po czym wpadł tam znienacka i cóż zobaczył? Swojego jedenastoletniego brata przeglądającego w najlepsze jakiegoś Playboya.
Gwizdnął przeciągle.
- Niezłe to twoje zadanie domowe.
Młody spojrzał na niego przeciągle, ale się nie odezwał, nawet nie protestował, gdy starszy brat po prostu zabrał mu pisemko. Jednak kiedy już wychodził warknął:
- Każdy normalny brat podzieliłby się, a nie zabierał młodszemu.
- Normalny brat może, ale ja jestem jedynie twoim przyrodnim bratem – uśmiechnął się z wyższością i zamknął za sobą drzwi na tyle szybko, że poduszka szybująca w jego kierunku, chybiła celu.
Wracając do siebie nie omieszkał przejrzeć skonfiskowanego pisemka.
„Weź to wyrzuć”.
- A co, aureola ci ze łba spadnie? – zapytał złośliwie.
Nie dostał odpowiedzi.
Usiadł na łóżku i próbował znów skupić się na notatkach, które podniósł z podłogi, daremnie. Litery tańczyły przed jego oczami, ale nie składały się w zrozumiałe zdania. Ile to już razy czytał to samo zdanie, a zupełnie nie docierał do niego sens.
Ręka trzymająca notatki opadła. Spojrzał zupełnie rozkojarzony w okno. Chyba nigdy nie przyzwyczai się do tego pasożyta, jak nazywał swojego współlokatora. Minęły już cztery lata od kiedy zadomowił się w jego ciele, a wciąż czuł się nieswojo, gdy ten głos rozbrzmiewał w jego myślach. Ojciec też zaczął mu się dziwnie przyglądać, gdy tak chodzi i gada do siebie.
A wszystko zaczęło się w pewien szary, listopadowy dzień.
Ojciec wrócił do domu w towarzystwie siedmioletniego smarkacza i stwierdził, że to jego syn i że jego matka umarła, więc musi się nim zająć.
Pierwsze co wtedy pomyślał to, że może lepiej, że jego matka też nie żyje i nie dowiedziała, się że jej mąż kiedyś ją zdradził. Na początku był wściekły i nie miał najmniejszej ochoty rozmawiać z ojcem. W końcu jednak doszli do porozumienia, po dłuższej rozmowie, która zakończyła się obaleniem tego i owego z domowego barku...
Tak więc młody został zaakceptowany. I właśnie z chwilą, gdy to się stało, zjawił się On. Pan Głos.
To była prawdziwa wojna, bo ów nieproszony gość chciał, żeby mu się absolutnie podporządkował. Jednak po kilku tygodniach, które przypominały prawdziwe piekło, doszło do zawieszenia broni. Wynegocjowali pewnego rodzaju traktat pokojowy. Pasożyt przybył po to, aby opiekować się młodym, więc może to robić, o ile nie będzie w żaden sposób ingerował w prywatne sprawy swojego... powiedzmy gospodarza. Nie miał też prawa zaglądać w jego myśli, dlatego też żeby się z nim porozumieć, prawowity właściciel ciała musiał mówić na głos, co na początku doprowadzało go do ciężkiej rozpaczy, bo wyglądało to zupełnie jakby mówił do samego siebie... chociaż właściwie to właśnie robił.
Ale jak można się przyzwyczaić do tego, że nagle masz współlokatora w swoim ciele i to bardzo denerwującego współlokatora?!
Zawsze chciało mu się śmiać, gdy przypomniał sobie, że pasożyt twierdzi jakoby był Aniołem.
- Powiedz, czy wszystkie Anioły są równie złośliwe i wredne jak ty? – zapytał nagle, wciąż wpatrując się w chmury sunące po niebie za oknem.
„Co?”
- To co słyszysz.
„Wrednych Aniołów nie spotkałeś. Najgorsza jest dochodzeniówka. Ci to potrafią być naprawdę upierdliwi. Gdybyś ich poznał to może doceniłbyś moja skromną osobę”.
- Jasne, jasne. Już to widzę.
„Mówię całkiem serio” – pasożyt wydawał się obrażony.
- Muszę wyjść się przewietrzyć – stwierdził przeciągając się.
„Przecież jutro masz jakiś test” – przypomniał głos.
- Czy może mi coś umknęło i jesteś Aniołem Stróżem? Jesteś?
„Nieee... ale”.
- Skoro nie jesteś to morda.
Ubrał się i wychodząc krzyknął:
- Młody wychodzę.
Drzwi do pokoju młodszego brata uchyliły się.
- Dokąd?
- Byle dalej. Ojciec niedługo wróci, ale nie zażryjcie mi całego obiadu.
- Zapomnij, że coś zostanie.
- Uważaj ino młody, uważaj – i z tymi słowami opuścił mieszkanie.
Prawdę powiedziawszy nie miał zielonego pojęcia, gdzie powinien się udać, po prostu poczuł, że nie może dłużej siedzieć w dusznym pokoju. Wyszedł z klatki i wciągnął głęboko w płuca zimne, mroźne powietrze. Poszedł przed siebie, gdzie go nogi poniosły.
Krążył tak po mieście, aż nagle wpadł na jakąś dziewczynę. Zauważył, że była tak bardzo pochłonięta czytaniem książki, że nawet na niego nie spojrzała, mruknęła „przepraszam” i poszła dalej. Zadziwiająca zdolność, iść gdzieś nie odrywając wzroku od lektury.
„Ciekawe na ile jeszcze osób wpadnie” – pomyślał i poszedł za nią.
Dziewczyna zatrzymała się na przystanku tramwajowym i o dziwo po drodze nie wpadła już na nikogo innego.
„Co ona tam tak zawzięcie czyta” – zastanowił się i podszedł tak blisko, że zaczął czytać jej przez ramię.
Zdziwiła go trochę tematyka. Jak można się aż tak bardzo wczytać w mity arturiańskie? Przecież wszyscy je znają. Król Artur i rycerze okrągłego stołu... a ile filmów już na ten temat powstało!
W końcu dziewczyna zwróciła na mnie uwagę, spojrzała na niego z wyrzutem, jakby popsuł jej całą przyjemność czytania.
- Interesuje cię to? – zapytał.
- Niejako – odpowiedziała. – Ale nie lubię, gdy ktoś czyta mi przez ramię.
- A ja nie lubię, gdy ktoś na mnie wpada na ulicy. Z resztą nie zauważyłaś mnie dotychczas, nawet na mnie wpadając.
- Przecież powiedziałam przepraszam.
- Czasami przepraszam nie wystarczy – uśmiechnął się ironicznie.
Była średniego wzrostu, opatulona w czarną zimową kurtkę i długi, czerwony szalik. Pomyślał, że mogłaby być całkiem sympatyczna, gdyby nie ten pretensjonalny ton.
- Jeśli pan sądzi, że w ramach przeprosin dam się poderwać, to źle pan trafił – stwierdziła, uderzając w oficjalny ton. – Pan wybaczy, muszę iść.
- Wydawało mi się, że czekasz na tramwaj.
- W takim towarzystwie? Wolę iść piechotą.
- Tylko uważaj na kogo wpadasz.
- Zapewniam pana, że następnym razem wybiorę kogoś przystojniejszego – warknęła i już jej nie było.
„Przystojniejszego, słyszałeś?” – odezwał się głos.
Nauczony doświadczeniem wyciągnął komórkę z kieszeni i udawał, że rozmawia... przynajmniej nie będzie wyglądał, jakby gadał sam do siebie.
- Pytał się ciebie ktoś o zdanie?
„Ale wiesz... ta dziewczyna...”
- Coś w sobie miała – dokończył.
„Taaak... trudno zaprzeczyć”.
- Tej, pasożyt, to chyba nie twoja działka nie?
„Ale mi nie o to chodziło” – bronił się.
- Aha, jasne... Po prostu się nie wtrącaj.
„Lepiej już wracaj do domu”.
- A co młody znowu grzeszy? – zapytał rozbawiony.
„Po prostu wracaj” – głos był najwyraźniej obrażony.


komentarze [5]



VIII. Po stronie skrzydlatych >> piątek, 23 lutego 2007 17:19:56
Rafał w najlepsze grał w makao, z czego nie ukrywał, że miał wielką radość. Zwykle nudziło mu się strasznie, całe dnie przesiadywał przed ekranem komputera dbając, żeby wszystko działało. Wprowadzenie do Królestwa Niebieskiego sieci komputerowej było zresztą jego pomysłem. Na samym początku Anioły odnosiły się z niechęcią do tego dość szalonego pomysłu, ale dzisiaj nikt już nie potrafił sobie wyobrazić jak mogli dawać sobie radę przedtem, bez pomocy komputerów. Tak więc Archanioł Rafael stał się głównym specem w tej dziedzinie w Królestwie. Nieważne, że porządnie wyszkolił oddział podległych mu informatyków i tak w większości przypadków nie dawali sobie radę, gdy doszło do poważnych usterek. Po kilku nieudanych próbach zostawienia ich samych z całą siecią, stwierdził, że chyba bardziej opłaca mu się tkwić przed ekranem dzień w dzień, niż przez tygodnie usuwać skutki wesołej twórczości swoich pseudo pomocników, którzy zostali oddelegowani do zarządzania wszelkimi bazami danych. Rafał modlił się, żeby chociaż z tym sobie poradzili. Na szczęście na razie szło im to wcale nieźle.
Skąd w Niebiańskiej sieci mogły pojawiać się jakiekolwiek problemy, skoro twórcą i nadzorcą całego skomplikowanego systemu był sam Archanioł R. (XD)? Nie trudno się domyślić, że ci z Piekła rodem pozazdrościli technicznych osiągnięć Wyższym Sferom i stworzyli własną, którą bezczelnie podczepili pod niebiańską. Zlokalizować miejsca owego „podczepienia się” było potwornie trudno, gdyż co chwilę znajdywało się gdzie indziej, już Piekielni hakerzy o to dbali. Złapało się jednego, który bawił się z siecią, na jego miejsce zaraz posyłano dwóch następnych...
Rafał nie miał łatwej, lekkiej i przyjemnej pracy. Wręcz przeciwnie, łączył się z nią nieustanny stres i świadomości, że jeżeli on nawali, padnie cały system, a przyzwyczajone (o ile nie uzależnione) od komputerów Anioły będą zupełnie zdezorientowane. Byłaby to idealna okazja do najazdu na Królestwo Niebieskie.
Tym bardziej główny spec komputerowy cieszył się z każdej chwili relaksu i wytchnienia. Zastanawiało go co prawda, dlaczego Uriel chciał nawiązać kontakt ze zwyczajną dziewczyną, ale skoro dzięki temu mógł się trochę rozerwać, to czemu nie?
Usłyszał historię, która wydarzyła się poprzedniej nocy i pytanie, które nasunęło się natychmiast brzmiało: dlaczego Uriel nie wymazał z pamięci dziewczyny tego wydarzenia? To przecież po pierwsze nie zgodne z przepisami, a po drugie zupełnie nie w stylu wyżej wymienionego. Takie uchybienie mogło być tłumaczone tylko w jeden sposób, Uriel miał jakiś podejrzany plan.
Po pewnym czasie dziewczyna o przedziwnym imieniu Morgana, stwierdziła, że nie może dłużej grać i opuściła niepocieszonego Rafała.
- Poszła – ogłosił spec komputerowy.
Uriel nie ruszył się z pomieszczenia nawet na krok, wisiał niemal cały czas Rafałowi na ramieniu i czytał jego dialogi z Morganą.
- Widzę przecież – mruknął blondyn odrzucając włosy do tyłu i prostując wreszcie plecy.
- Może mi teraz powiesz o co ci tak naprawdę chodzi? – dopytywał się Rafał.
- Hmmm... powiedzieć czy nie powiedzieć? Powiedzieć czy nie powiedzieć? – zastanawiał się głośno Uriel.
Rafał przyglądał mu się ze zniesmaczoną miną.
- Mógłbyś się czasem przestać wydurniać. Zastanawia mnie tylko od kiedy to pozwalasz zwykłym ludziom pamiętać, że spotkali Anioła... co tam Anioła, ARCHANIOŁA!
- Wypadek przy pracy – stwierdził szczerząc się Uriel.
- Jeśli liczysz na to, że to kupię, to...
- Dobra, dobra – machnął ręką. – Wiem, że mi nie wierzysz – dodał poważniejąc. – Mam powody przypuszczać, że wśród Mgieł kroi się coś większego.
- Rewolta?
- Może. Ale to nic pewnego. Natomiast ta dziewczyna jest pewnym śladem. Kłamała w żywe oczy.
- I nie przejrzałeś jej?
- Wiedziałem, że kłamała, ale co ukrywała, nie potrafiłem dostrzec.
Rafałowi szczęka opadła.
- Nie potrafiłeś? Coś mi mówi, że to wcale nie jest jakaś zwykła dziewczyna.
Uriel kiwnął głową, on też odniósł podobne wrażenie.
- Uważam, że lepiej mieć na nią oko.
- Życzysz sobie jakieś specjalne „oko”? – zapytał Rafał.
- Środki zostawiam tobie. Wpadnę tu niedługo i zobaczymy co będziesz mi miał do powiedzenia.
- Się robi.
- Aha i nie mów nic...
- Michasiowi? – zgadł Rafał. – Wiem, wiem, on nie potrafi docenić co to znaczy praca wywiadowcza.

Wyłączyłam komputer i wpatrywałam się w ciemny ekran. Zastanawiałam się czy nie powinnam przypadkiem udać się do psychiatry i to czym prędzej, dopóki jeszcze mam jakieś szanse na powrót ze ścieżki szaleństwa, na którą, sama nie wiedząc kiedy, wstąpiłam.
Mgły, Merliny, Anioły... cóż, pozostaje się cieszyć, że żadne siły poza ziemskie się jeszcze za mnie nie wzięły, ale to może być tylko kwestią czasu.
Co się takiego stało, że nagle jestem ośrodkiem zdumiewających wydarzeń? Może działam jak magnes na wszystkie dziwadła? Z drugiej strony, nigdy wcześniej mi się nic takiego nie zdarzyło. Kiedy byłam mała wydawało mi się, że widzę wieczorami dziwne cienie, ale to tylko wybryki wyobraźni... a może nie?
Znów zatopiłam się w niczego nie ułatwiających rozważaniach.
W końcu machnęłam na to ręką.
Co będzie to będzie.
Jednego nie potrafiłam zagłuszyć. Tego pytania obijającego się po mojej głowie: Co się stało z Merlinem?
Widziałam jak szedł po wodzie w kierunku wyspy, którą nazwał Avalonem. A potem pojawił się ten cały anielski strażnik i biała postać znikła, zasłonięta przez mgły...
Nie żebym specjalnie tęskniła za gościem zamieniającym się w pluszaka, po prostu zastanawiało mnie czy Merlin raczył był zauważyć, że nie dotarłam z nim do celu podróży? A jeszcze bardziej ciekawiło mnie czy ma zamiar po mnie wrócić? W końcu sam twierdził, że jestem koniecznie potrzebna, że trzeba znaleźć Artura i ten jego mieczyk...
Chyba nie chciałam się przyznać, ale bycie szalenie ważną postacią trochę zadziałało mi na ambicję i nie łatwo było nad tym przejść teraz do porządku dziennego. Właściwie chciałam, żeby Merlin wrócił. Chciałam być tą jego Morganą z niezwykłą mocą i super umiejętnościami. Problem polegał na tym, że jakoś nigdy nie zauważyłam śladu jakiejkolwiek niezwykłości w mojej osobie. Nie oszukujmy się kto nie chciał by mieć umiejętności magicznych?
Chodzenie po wodzie... ciekawe czy tutaj udało by mi się coś takiego?
Poszłam do łazienki i puściłam wodę do wanny. Przez większą część wieczora próbowałam nauczyć się chodzić po wodzie, ale z marny skutkiem. Wreszcie rodzice wściekli się moimi wygłupami i wygnali na zakupy.
Szłam powoli z listą życzeń w ręce. Cóż było w tym niezwykłego? Nic...
A może to wszystko było snem? Nie było żadnego Merlina i żadnej wycieczki we mgle. Na gg odezwał się do mnie nie anioł, a jakiś zboczeniec z dziwnym poczuciem humoru. A wszystko było efektem wpływu przerostu ambicji na wybujałą wyobraźnię.

komentarze [7]



VII. Narada >> piątek, 22 grudnia 2006 20:10:18
Kiedy obudziłam się następnego dnia, długo leżałam i wpatrywałam się w sufit, próbując odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to był sen, czy jednak jawa. Pamiętałam, że cały czas próbowałam sobie wmówić, że to nie działo się naprawdę, ale jakaś część mnie traktowała wszystkie te niesamowite wydarzenia zupełnie serio. Wciąż pilnowałam się, żeby zachować jak największą ostrożność, nie powiedzieć przypadkiem zbyt wiele.
Wygramoliłam się z łóżka z takim uczuciem, jakby zagubiła się w jakimś wielkim, ciemnym lesie. Może lepiej nie myśleć o tym co się stało? Pewnie na to nie wyglądałam, ale jednak zależało mi na moim zdrowiu psychicznym, a dywagacje czy Uriel faktycznie odstawił mnie na osiedle, czy nie, za dobrze o nim nie świadczyło.
Włączyłam telewizor i uwaliłam się przed nim z michą płatków z mlekiem. Jak to w każde sobotnie przedpołudnie niczego ciekawego nie znalazłam w szerokiej gamie programów oferowanych przez lokalną kablówkę. Tak więc po śniadaniu, nie przejmując się zupełnie faktem, że nadal jestem w piżamie, odpaliłam komputer, włączyłam odpowiadającą memu nastrojowi muzykę i zaczęłam buszować bez większego celu w sieci.
Nagle zauważyłam, że jakiś nieznajomy odezwał się do mnie na gg, pomimo, że byłam niewidoczna. Kierując się ciekawością otworzyłam okienko i musiałam kilkakrotnie przeczytać, to co tam ujrzałam, żeby sens słów w pełni do mnie dotarł.
„Witam Morgano! Słyszałem o Twojej wczorajszej nieszczęśliwej przygodzie. Strasznie mi przykro z tego powodu! Ale na szczęście zostałaś w porę dostrzeżona przez naszą straż graniczną. Osobiście uważam, że powinnaś podziękować przypadkowi czy może jakiemuś zbiegowi okoliczności, że akurat wtedy Michała nie było u siebie. Wierz mi, że nie obszedłby się z Tobą tak uprzejmie jak Uriel. Chciałem Cię prosić w imieniu nas wszystkich, żebyś z nikim nie dzieliła się swoimi wczorajszymi przeżyciami. A jakbyś miała chwilkę czasu i ochotę, to nie krępuj się i pisz. Pozdrawiam, Rafał.”
- Rafał – mruknęłam przekrzywiając głowę na prawą stronę. – Anioł – dorzuciłam przekrzywiając głowę w drugą stronę. – Archanioł?!
Energicznie wstałam z krzesła, pognałam do łazienki, nie przejmując się niczym odkręciłam kurek z zimną wodę i wsadziłam głowę pod kran.
Po dłuższej chwili wróciłam do pokoju, susząc mokre włosy ręcznikiem. Kuracja jednak na niewiele się zdała, okienko wciąż było otwarte i tekst, ten „prześmieszny” tekst, wciąż tam widniał...
- Spotkania trzeciego stopnia już mam za sobą – stwierdziłam. – Ciekawe jakby nazwali kontakt przez internet.
Z powrotem usiadłam przed ekranem i rozważałam czy może coś odpisać, gdy pojawiły się kolejne linijki tekstu.
„Uriel kazał Cię pozdrowić. Martwi się czy nie przeziębiłaś się. Nie miałabyś ochoty pograć w coś? Remik? Makao? Potwornie mi się nudzi :(”
No pięknie... Miałabym grać z aniołem w karty via internet? Chociaż... Zamyśliłam się i przypomniałam sobie, co też ostatnio za wydarzenia były moim udziałem. Wnioski?
„Witam szanownego Anioła” – wstukałam szybko zanim się rozmyślę. – „Bardzo chętnie zagram, szczerze mówiąc, również trochę się nudzę. Proszę pozdrowić Uriela i podziękować za uprzejmość!”
W odpowiedzi Rafał kazał darować sobie taki oficjalny ton.
Weszliśmy na kurnik i najnormalniej w świecie graliśmy w makao...



Pogoda nie należała do najprzyjemniejszych. Było szaro, buro i w dodatku co chwilę siąpił deszcz. Silny, przeszywająco zimny wiatr wcale nie sprawiał, że robiło się przyjemniej.
W taką pogodę najchętniej siedziałoby się w domu i nie wychodziło na zewnątrz. Jedna postać szła jednak po wydeptanej ścieżynie w stronę samotnie stojącej chaty, postawionej z pewnych względów w pewnej odległości od reszty zabudowań. Właściwie nie różniła się wyglądem od innych. Tak samo niepozorna, choć dobrze postawiona i dzielnie stawiająca czoła wiatrom, jak inne. Może nawet lepiej, gdyż stała na lekkim wzniesieniu, nie osłonięta, jakby oddana na pastwę szalejącego żywiołu. Wszedł do chaty nie pukając. Zamknął za sobą drzwi z pewnym trudem, wiatr najwyraźniej też chciał wziąć udział w spotkaniu.
Przybyły odrzucił spłowiały, brudno brązowy płaszcz.
- Cholerne przeciągi – mruknął na powitanie.
Wszedł dalej, jak najbliżej płonącego, jak gdyby unoszącego się w powietrzu, ogniska. Jego płaszcz, sam z siebie poleciał w kąt i przewiesił się przez stojące tam krzesło.
- Nie popisałeś się – spojrzała na niego dość leciwa kobieta, podając kubek z gorącym naparem.
- Jak mamy odzyskać miecz?! – odezwała się piskliwym głosikiem, blond-włosa piękność ułożona wśród ciepłych skór pod ścianą. – Jak mamy odzyskać Króla, bez miecza?!
- Zamknij się – warknęła w jej kierunku starsza kobieta, której srebrne włosy bardziej dodawały niż ujmowały uroku. Mimo, że czas wyrył na jej twarzy swoje piętno, nie stała się przez to brzydką, odstraszającą zmorą. – Co masz zamiar teraz zrobić, Merlinie? – zwróciła się do przybyłego. – Twój wypad do tamtego świata nie został nie zauważony...
Merlin wpatrywał się intensywnie w płonący, unoszący się tuż obok niego ogień, jakby oczekiwał, że odnajdzie tam odpowiedzi na nurtujące go pytania.
Do chaty wpadł kolejny gość, dość pokaźnych rozmiarów. Zrzucił z siebie płaszcz, nie dbając co się z nim stanie. Rozejrzał się, a dostrzegłszy Merlina dopadł do niego, chwycił za niezupełnie już białą szatę i przyparł do najbliższej ściany.
- Gdzie ona jest?! Miałeś ją sprowadzić!!! – ryknął.
Starsza kobieta pokręciła zrezygnowana głową, spojrzała na porzucony płaszcz, który momentalnie dołączył do innych w kącie pokoju.
Po chwili chata aż zatrzęsła się od okrzyku bólu.
- Gdzie z łapami, szczurze – odezwał się zimnym głosem Merlim, z wesołym błyskiem w oku przyglądając się, jak przybysz próbuje ugasić ogień, którym zajęły się jego spodnie.
- Szczurze?! Byłem rycerzem! – prychnął, gdy wreszcie przestał się fajczyć.
- Trafne stwierdzenie Lancelocie, byłeś... – pisnęła lalunia ze swojego miejsca.
Osiłek posłał jej mordercze spojrzenie.
- Nikt cię o zdanie nie pytał – powiedziała chłodno starsza kobieta, podając i Lancelotowi kubek z parującą zawartością.
- Jasne, mnie nigdy nikt o nic nie pytał – wydęła usta, jak rozpieszczone dziecko i nagle rzuciła się na posłanie, a jej ciałem targnęły skurcze bólu.
Merlin spojrzał na nią przeciągle.
- Ona znowu jest w ciąży?
Odpowiedziało mu tylko kiwnięcie głowy gospodyni.
- Z kim tym razem? – zainteresował się Lancelot.
- Może lepiej zapytać z czym... – mruknął półgłosem Merlin, bo dostrzegł jakiś nieludzki cień drgający tuż za blondynką na ścianie, a na cieniach to on się znał dość dobrze.
Ciszę, która teraz zapadła, zakłócało jedyni przeciągłe wycie wiatru.
Nikogo nie zdziwił kolejny przybysz. Wysoki, może trochę za chudy szatyn o smutnych oczach wszedł do chaty niepewnie uśmiechając się. Starając się nie rzucać w oczy, stanął przy drzwiach.
- Nie jest dobrze – powiedziała starsza kobieta. – Sam widzisz co się dzieje. Znasz Avalon równie dobrze jak, powiedz kiedy ostatnio pogoda tak szalała?
- Kiedy Artur umarł – odparł Merlin bez zastanowienia.
Zebrani kiwnęli głowami w ciszy.
- Dobrze to nie wróży – mruknął Lancelot, posyłając co chwila nienawistne spojrzenia w kierunku stojącego poza kręgiem światła przybysza.
- A wszystko zaczęło się od kiedy zajumali miecz – pisnęła blondyna, tym razem nikt jej nie uciszył.
- Dziś na chwilę uspokoiło się, ale potem znów wróciły te potworne, mroczne chmury... jeśli tak dalej pójdzie, jeśli ta ziemia jeszcze długo nie będzie oglądać słońca...
Starsza kobieta nie musiała kończyć, wszyscy rozumieli. Avalon zginie... choć nikt nie śmiał powiedzieć tego na głos.
- Wszystko uspokoiło się, gdy ona stanęła na granicy – westchnął Merlin. – Dawno tak spokojnego morza nie widziałem...
- Była tak blisko, a ty pozwoliłeś, żeby ją jakiś skretyniały strażnik dorwał! – krzyknął Lancelot.
Merlin przeciągnął ręką po włosach. Fakt, nie ulegało wątpliwości, że to jego wina...
- Ostatnio mam pecha – podsumował.
- Musisz wrócić. Nie ma rady – powiedziała starsza kobieta, a kiedy spojrzał na nią jak zbity pies, dodała. – Wiesz dobrze, że żadne z nas nie poradzi sobie tak jak ty... a poza tym jako ostatnia ostoja tej wyspy, nie powinniśmy jej opuszczać...
Kiwnął głową.
- Gdy ostatni uśmiech księżyca zniknie – powiedział.
- Granice będą wtedy podwójnie obsadzone – odezwała się niespodziewanie blondynka. – Noc tuż przed.
- Czyli pojutrze – stwierdził Lancelot.
Merlin kiwnął głową.
Wszystko dokładnie zostało ustalone, jak w kilku miejscach zwrócić uwagę strażników, byle Merlin mógł dotrzeć jak najdalej niezauważony. Potem wszystko zależało już tylko od niego. Już dawno przestał obawiać się tych wypraw, drogę znał aż za dobrze. Bał się teraz jedynie tego, że nie znajdzie tej po którą wyrusza, ostatniej nadziei ginącej wyspy.

komentarze [8]



VI. Wyższe sfery >> czwartek, 14 grudnia 2006 16:29:23
- Idziemy – dodał po chwili, łapiąc mnie mocno za ramię i ciągnąc do tyłu.
Miecz ani na chwilę nie został opuszczony, wolałam więc nie protestować, choć jedyne o czym myślałam to jakby tu zwrócić na siebie uwagę Merlina.
Po chwili jednak mgła znów zakryła wszystko, włącznie z morzem, wyspą i sylwetką gościa, który mnie w to wszystko wpakował. Merlin znikł.
- No to skoro jesteśmy już na neutralnym terenie – zaczął ów uzbrojony facet. – To możemy porozmawiać spokojnie.
Opuścił miecz i odwrócił mnie twarzą do siebie. Zamrugałam „trochę” zdziwiona.
Tuż przede mną stał wysoki facet w zbroi stylizowanej na rzymską, jak mi się wydawało na pierwszy rzut oka. Długie blond włosy zaplecione miał w warkocz opadający swobodnie na plecy... No i nie zapominajmy o najważniejszym... skrzydła!
- Anioł?! – wyrwało mi się.
- Konkretnie straż graniczna – uśmiechnął się z wyższością wskazując na jakiś znaczek na zbroi, który absolutnie nic mi nie mówił. – A teraz dokumenty do kontroli.
- Że co?!
- Nie, że co, tylko dawaj papiery! Myślisz, że taka nielegalna migracja ujdzie naszej uwadze? I co to za durny pomysł, przenosić się w miejsce, w które nie wierzysz? Skąd ty się urwałaś?
Zasypana gradem pytań od coraz bardziej niemiłego pana Anioła ze straży granicznej, zgłupiałam kompletnie. Jakie dokumenty? Jaka migracja? I do cholery, jaka straż graniczna?!
- Nie mam żadnych dokumentów – powiedziałam wreszcie.
- Tym gorzej dla ciebie. Nie chcesz ze mną gadać, porozmawiasz z naczelnikiem – stwierdził uśmiechając się złośliwie.
Zaczęłam się zastanawiać czy pan naczelnik jest równie niemiły jak ten tu egzemplarz...
Ku mojemu zdziwieniu zamiast iść gdzieś dalej w gęstą mgłę, anioł rozprostował skrzydła, chwycił mnie wpół i uniósł się...
„Lecimy” – pomyślałam oszołomiona, spoglądając w dół i wciąż widząc jedynie niczym niezmąconą biel.
Wznosiliśmy się coraz wyżej i wyżej, jednak ani morza, ani wyspy, która wyłoniła się przecież z mgły, nie mogłam dojrzeć. Zastanowiłam się nad tym, właściwie czy cokolwiek z dzisiejszej wędrówki było choć trochę realne? Może to wszystko jest snem, z którego obudzę się i po pięciu minutach zupełnie o nim zapomnę? Miałam w każdym razie taką, gorącą nadzieje.
Nagle stanęłam na twardym gruncie. Nie zdziwiło mnie zupełnie, że tym gruntem wydawała się być chmurka. Rozejrzałam się uważnie, wmawiając sobie nieustannie, że to tylko sen. Faktycznie staliśmy na jakieś, puchatej chmurce. Wkoło pełno było jej podobnych, unoszących się w powietrzu, mniejszych i większych. Słońce świeciło mi prosto w plecy.
„Zaraz” – pomyślałam. – „Przecież, gdy wychodziliśmy z domu było ciemno... a no to tak, to tylko sen...”
Anioł widać nie miał czasu i popchnął mnie do przodu.
- Idź – rozkazał.
Zrobiłam jak chciał i po kilku krokach, jakby z nikąd, pojawił się przede mną biały budynek.
Tuż przed nim, na leżaku siedział i najwyraźniej opalał się inny skrzydlaty jegomość, ubrany jedynie w jeansy.
Strażnik, który tu ze mną przyleciał, chrząknął.
Ten na leżaku łypnął na niego okiem i zapytał przeciągając się:
- O co chodzi?
- Gdzie jest naczelnik? – odpowiedział pytaniem strażnik robiąc głupią minę.
- Hm... kto to może wiedzieć, gdzie to dzisiaj podziewa się Michaś – powiedział z rozbrajającym uśmiechem. – Może urządził sobie dzikie safari wśród mgieł – dodał wciągając granatowy T-shirt przez głowę.
- Ale... ale mam sprawę do naczelnika – mruknął strażnik.
Tamten zerwał się z leżaka, jakby dopiero teraz mnie zobaczył.
- Zajmę się tą sprawą – rzucił. – W końcu Michaś poprosił mnie, żebym go dzisiaj zastąpił.
Nieszczególnie spodobało mi się nazwanie mnie sprawą, ale nikt też mnie o zdanie nie pytał.
- No dobrze, ale... – widać nie bardzo taka wizja przypadła do gustu panu strażnikowi granicznemu.
- Nie ma o czym gadać. Możesz wrócić na swój posterunek.
Strażnik ukłonił się. Nie miał widocznie zbyt dużo do gadania. Rozpostarł skrzydła i tyle go widziałam.
- Jestem Uriel – powiedział skrzydlaty, podchodząc bliżej. – Darujmy sobie wszelkiej tytuły – mruknął jakby do siebie. - A jak szanowna pani ma na imię?
Szanowna pani była delikatnie mówiąc zdziwiona.
- Uriel... – wyrwało mi się.
- Tak mnie zwą – uśmiechnął się znów.
- Ten Uriel? – wolałam się upewnić.
- A znasz innego? To jak, zdradzisz mi swoje imię?
Już chciałam odpowiedzieć, ale ugryzłam się w język, sen nie sen, trochę ostrożności nie zaszkodzi.
- Morgana.
- Morgana? – zdziwił się. – To mało popularne imię...
- O tak, właśnie dlatego mamie tak się spodobało – brnęłam dzielnie dalej.
- Powiedz mi Morgano, dlaczego to strażnik graniczny przyprowadził cię tutaj i na całe nieszczęście zamiast Michała, znalazł mnie? Co takiego przeskrobałaś?
- Sama nie wiem. Chciał ode mnie jakieś papiery...
- Hmmm – Uriel zmarszczył brwi. – A co ty właściwie robiłaś wśród mgieł?
Zamrugałam zdziwiona. Skąd mógł wiedzieć, gdzie mnie dorwano? Chyba, że tylko we mgle mogłam spotkać strażnika granicznego... próbowałam to jakoś połączyć w logiczną całość.
- Pewien człowiek chciał, żeby z nim poszła – zaczęłam powili mówić, niewiele mijając się z prawdą. – Była straszna mgła, nie wiedziałam gdzie idę... a potem on znikł i zatrzymał mnie ten cały strażnik.
Uriel patrzył na mnie uważnie, jakby badał prawdziwość moich słów. W tej chwili naprawdę pragnęłam wyglądać jak wcielenie niewinności...
- Jesteś zwykłą śmiertelniczką – stwierdził. – Kto mógłby cię wciągnąć w mgły?
Wzruszyłam w odpowiedzi ramionami.
- Chciałabym wrócić do domu – poprosiłam robiąc minę zbitego psa.
- Powiedziałaś Morgano, że pewien człowiek chciał, żebyś za nim poszła i w to nie wątpię. Zastanawia mnie tylko dlaczego szłaś za nim boso?
„Tu mnie masz” – pomyślałam.
Nie mogłam wymyślić, żadnego wytłumaczenia.
- A może zostałaś porwana? Zahipnotyzowana?
- Nie wiem...
- Pamiętasz jak wyglądał ten człowiek, za którym poszłaś?
- Nie... pamiętam jedynie jego cień we mgle – trochę przesadzałam, ale zrobienie z siebie ofiary było jakimś wyjściem.
- To by odpowiadało porwaniu – stwierdził z powagą. – Ostatnio uciekł nam jeden demon, baaardzo niebezpieczny. Potrafi zahipnotyzować ludzi i sprawia, że sami przychodzą do niego.
- Po co miałby to robić? – zdziwiłam się, bardziej chyba tym, że Uriel kupił moją niewinność, niż faktem, że taki stwór widać naprawdę grasuje. – Co robi z tymi ludźmi?
Anioł posłał mi wiele mówiące spojrzenie. Ci ludzie już raczej nie wracali do domu.
- Czy on... ten demon, mieszka w tej mgle? – zapytałam czując, że ciarki przechodzą mi po plecach.
- Tak...
- No to zróbcie coś!
- Od tego jest właśnie straż graniczna. Wyłapują niebezpiecznych mieszkańców mgieł... bo to jest właściwie teren niczyi – dorzucił jakby mówił do siebie. – Ale teraz najważniejsze jest odstawienie cię do domu – uśmiechnął się pocieszająco.
- O nie! Nie będę znów szła przez mgły – stwierdziłam od razu.
- Nie musisz – powiedział spokojnie. – Odprowadzę cię inną drogą.
- Jaką? – zdziwiłam się.
- Muszę ci tylko zawiązać oczy.
W jego ręce pojawiła się jakaś opaska.
- Nie masz nic przeciwko?
- Jak mus to mus – mruknęłam i pozwoliłam, żeby zasłonił mi oczy.
Po chwili poczułam, że złapał mnie za rękę i zaczęliśmy opadać.
„Znowu latam” – pomyślałam.
- Przydałoby się, żebym wiedział, gdzie mam cię dostarczyć – usłyszałam głos Uriela.
Podałam mu adres koleżanki, która mieszkała niedaleko mnie. Wolałam zachować ostrożność, choć nie mogłam sobie pozwolić, żeby „dostarczył” mnie na drugi koniec miasta, jakbym miała wracać? W środku zimy bez żadnej kurtki, o butach nie wspominając?
Kiedy dotknęłam nogami ziemi odetchnęłam z ulgą. Zaraz też opaska została usunięta. Znów byłam na moim osiedlu i ku memu zdziwieniu, wciąż trwała noc, ale mgła znikła.
- Powinienem ci usunąć wspomnienia z tego, co widziałaś dzisiaj – powiedział Uriel. – Ale może lepiej, żebyś pamiętała, że powinnaś wystrzegać się mgły.
Podziękowałam uprzejmie. Anioł uśmiechnął się tylko i odleciał.
Odczekałam jeszcze chwilę i pognałam do domu. Było mi cholernie zimno!
Drzwi na szczęście nie zostały zamknięte. Najciszej jak tylko potrafiłam weszłam do środka.

komentarze [9]



V.Zakaz wstępu >> sobota, 4 listopada 2006 01:14:14
Rodzice wrócili do domu pod wieczór, a Merlin grzecznie zmienił się w pluszaka i siedział na tapczanie. Wieczór przeszedł w noc. Światło w pokoju rodziców zgasło. Zatopiona w lekturze nawet nie zauważyłam, gdy stanął przede w ludzkiej postacie. Dopiero, gdy wyjął mi z ręki książkę, zwrócił moją uwagę.
- Idziemy – powiedział cicho, jakby bał się coś spłoszyć, ale w oczach dostrzegłam zdecydowanie.
Nic nie odpowiedziałam.
„Niech się dzieje, co chce” – pomyślałam.
Wziął mnie za rękę i wyprowadził z pokoju. Otworzył drzwi wejściowe i sprowadził po schodach na dół. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz uderzył we mnie zimny podmuch powietrza. Miałam na sobie jedynie sweter i domowe, dresowe (oł yes XD) spodnie, nie wiem dlaczego nawet mi przez myśl nie przeszło, że trzeba się ubrać ciepło. Chciałam się cofnąć po kurtkę, ale Merlin trzymał moją rękę w żelaznym uścisku.
- Zimno mi – powiedziałam.
- Spokojnie, to za chwilę przejdzie – uspokoił mnie szeptem.
Mgła była gęsta jak mleko. Jedynie latarnie uliczne dawały jakie takie rozeznanie w terenie.
Merlin prowadził mnie prosto przed siebie. Nie zauważyłam, kiedy znikły słabe światła rzucane przez latarnie... wszystko co jeszcze chwilę temu rozpoznawałam, choć z trudem w tej cholernej mgle, rozpłynęło się. Teraz było jedynie biało.
Powoli zaczynałam panikować. Wszechogarniająca biel... pozbawiona jakichkolwiek kształtów... na całe szczęście nie byłam tam sama.
- Długo jeszcze? – zapytałam.
Merlin pociągnął mnie za rękę bliżej siebie i szepnął do ucha:
- Cicho. Teraz jesteśmy na niepewnym terenie, lepiej nic nie mów.
Milczałam więc idąc dalej za nim i czekając na rozwój wypadków.
Nie wiem jak długo trwała nasza wędrówka. Czasami wydawało mi się, że słyszałam odgłosy kroków gdzieś w oddali, a chwilami tuż obok nas, jak gdyby tą drogą, oprócz nas, podążało wiele innych... istot. Ostrzeżona przez mojego przewodnika, wolałam jednak się nie odzywać, w końcu te stworzenia, kimkolwiek czy czymkolwiek były, zdając sobie sprawę z naszej obecności, wcale nie musiały okazać się przyjaźnie nastawione... takich spotkań wolałam uniknąć.
W którymś momencie usłyszałam nawet śpiew. Czysty i dźwięczny... pamiętam, że dochodził z mojej lewej strony. Był taki smutny, przejmujący, choć nie rozumiałam słów, czułam, że coś ściska mnie w środku, jakby uczucie bezradności... ktoś ode mnie odszedł... bezradność... nie wiem dokąd odszedł, czy sam z własnej woli, czy zabrany siłą... wiem, że nie ma go przy mnie... chciałabym iść za nim, ale nie mogę, bo mógłby wrócić i nie zastać mnie... smutek, samotność i ta bezdenna rozpacz, bo jedyne, co mogę robić to śpiewać.
- Otrząśnij się – usłyszałam szept Merlina. – Nie daj się ponieść tym dźwiękom...
Ostrzeżenie podziałało jak kubeł zimnej wody. Zrozumiałam, że te myśli wcale nie były moimi. Oto jakie działanie miała dziwna, choć piękna pieśń. Na szczęście powoli oddalała się i zaraz nie będzie jej słychać.
Zdałam sobie sprawę, że teraz Merlin prawą ręką trzyma moją dłoń, a lewą obejmował w pasie. Nie wiem kiedy się to stało, może wtedy, gdy tak dokładnie odczułam myśli i uczucia zamknięte w pieśni...
Spojrzałam na jego twarz. Malowało się na niej ogromne skupienie, ale w oczach widziałam iskierki radości.
Nie rozumiałam co się działo. Na pewno nie byłam na moim osiedlu, tego już dawno zdołałam się domyślić. Zimno, tak jak powiedział Merlin, przestało mi po jakimś czasie dokuczać. Właściwie było nawet dość ciepło. Chciałam go zapytać o to wszystko co się działo wkoło nas, o dziwne odgłosy kroków, śpiewy, a teraz wyraźnie słyszalny szum fal, nie miałam jednak odwagi przełamać milczenia.
Przypomniało mi się co powiedział na samym początku: „Myślałem, że wspomnienia Avalonu nie można wymazać”. Jaki smutek dźwięczał w jego głosie...
Znów przyjrzałam się jego twarzy. Z wyglądu nie oceniłabym go na więcej niż sześćdziesiąt lat... jedynie wyryta w jego obliczu tęsknota, nadawała twarzy jakby ponadwiekowy charakter...
Avalon... spojrzałam przed siebie. Czy za tą mgłą znajduje się mityczna wyspa?

Nagle Merlin zatrzymał się, przyciągnął mnie jeszcze bardziej do siebie, wyszeptał kilka niezrozumiałych słów i mleczno-biała mgła opadła.
Wtedy okazało się, że stoimy... na WODZIE?!
- Nie bój się – powiedział już normalnym głosem z wielkim uśmiechem na twarzy.
Łatwo mu było mówić, on stał pewnie na falującej tafli, a ja, mogę się założyć, że gdyby mnie puścił wpadłabym do wody!
- Spokojnie. Wyrównaj oddech. Zobaczysz zaraz sama będziesz mogła iść – stwierdził.
Jakoś w to wątpiłam, ale zupełnie spanikowałam, gdy puścił moją rękę. Zrobił to jednak tak szybko, że nie zdążyłam zareagować, po chwili stałam sama na tafli i jedynie co większe fale moczyły mi spodnie i skarpetki. Bo jak właśnie zauważyłam, wychodząc z domu, nawet nie założyłam butów.
Merlin stał kawałek dalej, przyglądając się z ironicznym uśmiechem moim próbom chodzenia po wodzie.
- Zabawne tak cię obserwować, gdy cieszysz się jak dziecko samym faktem, że chodzisz po wodzie – usłyszałam jego komentarz.
- Może dla ciebie to zabawne, ale dla mnie to brutalny gwałt na prawach fizyki!
Merlin pokręcił z uśmiechem głową.
- No tak... przecież nic nie pamiętasz, czasami, gdy patrzę na ciebie, zupełnie o tym zapominam. Znów będzie cię trzeba nauczyć, że wszystkie prawa natury można obejść...
Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Nie ważne – mruknął.
Podszedł znów do mnie, z tym swoim uśmiechem jakby przyklejonym do twarzy i spojrzał ponad moją głową ku brzegom majaczącym w oddali.
- Idziemy – zawyrokował i ruszył przodem.
Chwilę patrzyłam jak idzie, nadal nie do końca mogąc uwierzyć, że stoimy na wodzie. Czuło się co prawda lekkie falowanie, ale poza tym, wydawało mi się, że stoję na twardej ziemi... wydawało, dopóki nie spojrzałam pod nogi...
Westchnęłam.
„No dobra skoro już tu doszłam, to może się dowiem, o co się tak naprawdę rozchodzi w tej zabawie” – pomyślałam.
Ruszyłam za Merlinem, ale po kilku krokach natrafiłam na opór. Jakby przede mną stanęła jakaś ściana z guma... tak mi się skojarzyło. Mogłam oprzeć się o tę dziwną zaporę i ona się odginała, ale po chwili odpychała mnie. Nie potrafiłam jej przezwyciężyć, a sylwetka Merlina powoli malała w oddali.
Nagle usłyszałam dziwny dźwięk i tuż za sobą usłyszałam męski głos.
- Nie potrafisz uwierzyć, więc nie możesz wejść.
Chciałam się obrócić, ale właściciel głosu stojący za mną błyskawicznie znalazł się tuż obok, tak blisko, że czułam jego oddech. Ostrze miecza znalazło się niebezpiecznie blisko mojej szyi...


komentarze [13]



IV. Mglista zapowiedź >> piątek, 13 października 2006 20:33:58
„Uwzięli się” – myślałam brnąc w porannej mgle przez kałuże pokryte cienkim lodem. – „Wszędzie mgła... czysta złośliwość...”
Mróz zelżał, temperatura podniosła się do prawie zera stopni. Kiedy tylko stanęło się na jakiejś tafli lodu, słychać było jak pęka... I jeszcze mgła... przygnębiająca, wilgotna, pesymistycznie nastawiająca do świata.
„Widoczność nie przekraczająca dwudziestu metrów” – usłyszałam rano w radiu, kiedy piłam kawę na rozbudzenie.
Ludzie pojawiali się jak jakieś zjawy, żeby, kiedy tylko cię miną, znów zniknąć. W oddali co jakiś czas migały światła samochodów, sprawiając, że wszystko wydawało się jeszcze mniej rzeczywiste. Gdyby w tej chwili wpadł na mnie jakiś anioł z mieczem... cóż, pewnie nie zdziwiłoby mnie zbytnio, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia.
Westchnęłam wracając myślą do pewnej persony, którą zostawiłam w domu...
Merlin, tak się nazywa. Potrafi się zmieniać w pluszaka, ale to chyba jedyna zdolność jaką u niego zaobserwowałam. Koniecznie chce mi wmówić, że jestem Morganą i odzyskać „moje” wspomnienia z poprzedniego życia.
Kretyński pomysł, naprawdę kretyński. A jednak pewna część mnie... powiedziałabym nawet, że większa część, nie protestowała. Zupełnie jakby to było coś oczywistego, pewnego dnia pojawia się w twoim życiu koleś, który oznajmia ci kim byłaś w poprzednim wcieleniu i zaczyna się wielki quest pt.: „Odnajdziemy twoje wspomnienia.”
Uśmiechnęłam się do siebie sceptycznie.
Mimo że nawet mnie samą zadziwiało jak naturalnie przyjmuję to wszystko, widać pozostały we mnie jeszcze resztki, powiedzmy, realizmu... No bo przyjmijmy, że znajdziemy te wspomnienia i co potem? To zawsze jest dopiero początek, potem pojawiają się ci „źli” i zaczyna się prawdziwa „zabawa”, a ja tu wcale na brak zajęć nie narzekam!
Stałam na przystanku, tramwaj właśnie podjechał i razem ze sporą grupą ludzi władowałam się do środka. Spojrzałam na otaczających mnie i zachciało mi się śmiać. Większość ludzi była albo zajęta patrzeniem przez okno na monotonny, mglisty obraz, albo czytaniem rozdawanych za darmo gazet. Wszyscy bez wyjątku wyglądali na niewyspanych i co chwilę ktoś ziewał. Piękny widok o poranku, tyle szczęśliwych dusz radośnie udających się do pracy lub szkoły.

Wykład mijał za wykładem, a ja jakoś nie mogłam się skupić. Co chwilę łapałam się na tym, że zupełnie wyłączona wpatrywałam się w okno... Mgła jakoś nie chciała ustąpić. Cały dzień był szary i ponury. Nawet kiedy już wracałam do domu i światła uliczne powoli się włączały, mgła niepodzielnie panowała nad miastem.
- Jestem - oznajmiłam otwierając drzwi.
Odpowiedział mi jakiś niewyraźny pomruk i głosy dobiegające, jak się domyśliłam, z telewizora.
Kiedy weszłam do kuchni ręce mi opadły. Niezwłocznie zawróciłam w kierunku pokoju, w którym uwalony przed telewizorem siedział Merlin. Stanęłam idealnie tak, żeby zasłonić swoją osobą ekran, co zgodnie z zamierzeniem zwróciło jego uwagę na mnie.
- Przeźroczysta nie jesteś – stwierdził.
- Do kuchni – warknęłam w odpowiedzi.
Nie mam pojęcia czy tak groźnie wyglądałam, czy może mój głos zabrzmiał wyjątkowo przekonywująco, faktem jest, że nie trzeba było dwa razy powtarzać, Merlin pognał do kuchni jakby się paliło.
Kiedy stanęłam w drzwiach, już był w trakcie mycia naczyń, których cała masa piętrzyła się w zlewie i na stole. Zastanawiało mnie jakim cudem tyle zdążył upaćkać przez niespełna sześć godzin, ale powstrzymałam się od zadania dręczącego mnie pytania. Zamiast tego zwrócił moją uwagę fakt, że Merlin, facet z zupełnie innej epoki, całkiem nieźle odnajduje się we współczesności: telewizor, kablówka, nie wspominając o bieżącej wodzie czy lodówce.
- Ty, Merlin, a tobie to nie wydaje się dziwne?
- To? To znaczy co? – zapytał wycierając patelnię i chowając ją do szafki.
- Chociażby... woda w kranie?
- Nie.
- Telewizja?
- Nie.
- Samochody?
- Nie.
- Światło elektryczne?
- Pomyślmy... nie ^^ nic a nic.
Zgłupiałam.
- Aaaa! Rozumiem, tobie się wydaję, że jestem takim zakutym łbem, dla którego największym osiągnięciem techniki były mosty zwodzone i katapulty, tak? – oświeciło go.
- A nie jesteś?
- No jak widać nie – stwierdził, chyba mimo wszystko trochę urażony.
- To masz już jakiś pomysł, jak odzyskać te moje... niby wspomnienia? – zmieniłam szybko temat.
- Po pierwsze – zaczął stając naprzeciwko mnie i patrząc z góry. – Musisz przestać traktować to co mówię, jak coś co ciebie nie dotyczy. Zrozum, to jest również część twojej historii, o której na nasze nieszczęście zapomniałaś.
- Mówisz tak, jakby to była moja wina – stwierdziłam, dość dziwnie czując się patrząc w jego ciemne oczy.
- Tak zupełnie bez winy nie jesteś – stwierdził z lekkim uśmiechem. – Zawsze lubiłaś eksperymentować. Wszystko co nowe należało wypróbować, nie licząc się ze starymi zasadami, którym swego czasu przysięgałaś posłuszeństwo.
- Skoro tak twierdzisz – mruknęłam.
- I właśnie o to mi chodzi! – ryknął wściekły. – Znów traktujesz to wszystko, jakbyś nie miała z tym nic wspólnego!
- Jak mogę ci uwierzyć? – zapytałam spokojnie. – Sam powiedziałeś, że utraciłam wspomnienia. Postaw się w mojej sytuacji. Żyję sobie spokojnie w XXI wieku, aż tu nagle zwala mi się na chatę koleś sprzed mniej więcej tysiąca lat i wciska bajki o tym, że jestem czarownicą z legend. Każdy normalny człowiek wywalił by cię na zbity pysk albo odstawił do wariatkowa.
- No właśnie – wpadł mi w słowo. – Nie zrobiłaś tego, bo coś w tobie jednak mi wierzy, prawda?
- Nie do końca wierzy – zmrużyłam oczy. – Raczej jestem ciekawa...
Merlin patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, po czym podszedł do okna.
- Zauważyłaś jaka dzisiaj mgła? – zapytał znienacka.
- Nie da się jej nie zauważyć – odparłam.
- Dzisiaj spróbujemy sprawić, żeby twoje wspomnienia wróciły – powiedział bardzo cicho tak, że ledwo usłyszałam. – Chociaż może to być dość niebezpieczne... ale musimy zaryzykować, nie widzę innego wyjścia... szczególnie, że moja moc jest dość mocno ograniczona...
Zamilkł i wpatrywał się we mgłę jakimś smutnym wzrokiem.
„Czemu nie” – pomyślałam. – „Im szybciej się przekona, że trafił pod zły adres, tym lepiej.”
Coś mi jednak podpowiadało, że ta przygoda nie skończy się tak szybko...


komentarze [12]



III. A imię jego... >> środa, 4 października 2006 22:54:07
- Posłuchaj, nie możesz tu zostać! – szarpałam za białe szmaty Gandalfa.
Ale staruszek rozsiadł się w fotelu i z zachwytem przerzucał pilotem kanały w telewizji.
- No zlituj się! Gdzie ja niby mam cię trzymać? W szafie?
- Dlaczego w szafie? – łypnął na mnie z pode łba.
- A gdzie?! Przecież moja rodzinka nie zgodzi się – argumentowałam.
Gandalf uśmiechnął się i po chwili, zamiast jego wysokiej sylwetki w fotelu siedział mały pluszak.
- A teraz? – zapytał zaczepnie. – Jak myślisz, będą mieć coś przeciwko mnie?
- O ile nie będziesz biegał po chacie i obżerał lodówki – warknęłam i poszłam do siebie, zatrzaskując za sobą drzwi.
Włączyłam komputer i usiadłam przed ekranem. Wpatrywałam się przez jakiś czas martwo w monitor...
Wreszcie, gdy otrząsnęłam się trochę, zaczęłam szperać w internecie, wrzucając w wyszukiwarkę: „Avalon” i „Morgana”.
Nie usłyszałam kiedy wszedł do pokoju, już w swojej ludzkiej postaci, ale nagle usłyszałam jego dźwięczny śmiech tuż nad uchem. Odskoczyłam jak oparzona.
- Co za głupoty tu piszą – stwierdził, najwyraźniej nie mogąc powstrzymać śmiechu. – Ale to, co napisali o mnie to już przesada.
- O tobie? – zwątpiłam.
Kiwnął głową i wskazał palcem na ekranie wyraz:
- Merlin - przeczytałam tępo. – Chcesz mi powiedzieć... nie czekaj... ty masz być MERLINEM?
- No tak – potwierdził.
- Żartujesz?! Ale on był magiem i... – wtedy dotarło do mnie, że w nocy faktycznie mówił, że jest magiem.
Zlustrowałam go od góry do dołu. Wysoki siwowłosy facet, ubrany w białe ciuchy zupełnie nie z naszych czasów... na początku skojarzył mi się z Gandalfem...
- Merlin – powtórzyła.
- Właściwie to Myrddin – mruknął. – W każdym razie taki kiedyś mnie nazywano, ale może Merlin brzmi lepiej.
Dziwnie posmutniał. Wzrok miał utkwiony we mnie, ale jakby nie widział nic wokół siebie.
- Joł! – pstryknęłam mu palcami przed nosem.
- Co? – ocknął się ze swoich myśli.
- Weź mi tu waćpan romantyka nie udawaj – rzuciłam i zamknęłam wszystkie otwarte strony internetowe.
- Romantyka – prychnął, a po chwili ciszy zapytał. – Czemu czytałaś te wszystkie bzdury?
- Jak to po co? Żeby choć trochę mieć pojęcie, o czym ty do mnie mówisz!
- Przecież tam były tylko same bzdury, niczego się nie dowiesz z takiego... źródła! – zaczął chodzić nerwowo po pokoju.
- No to ja nie wiem, czego właściwie ode mnie chcesz? – zapytałam i usiadłam na dywanie naburmuszona.
- Sam nie wiem co mam zrobić. Nic takiego nie powinno mieć miejsca. Artur powinien powrócić na swoje ziemie jako pan i władca, nakopać komu trzeba, zasiąść na tronie... ale teraz... bez Ekskalibura?
Spojrzałam na niego. Stał nade mną i wbijał we mnie swoje zmrużone, ciemne oczy.
- No co?
- Musimy odzyskać twoją pamięć!
- Powtarzasz się, a do teraz nie usłyszałam choćby słowa o tym jak. Zresztą nadal twierdzę, że Morganą nie jestem.
Nie odpowiedział.
Do końca dnia się nie odzywał. Kiedy rodzice wrócili do domu, zamienił się w pluszaka i siedział grzecznie na kanapie. Tylko nie spuszczał ze mnie wzroku, co denerwowało mnie nawet bardziej niż jego samowola w moim domu! Próbując nie zwracać na niego uwagi i zachowywać się jakby nigdy nic, dotrwałam do nocy i poszłam spać.

Stałam we mgle białej jak mleko. Nie widziałam absolutnie niczego, słyszałam jedynie męskie głosy, to zbliżające to oddalające się ode mnie.
- Tylko o władzę ci chodzi! Zapomnij o tym starcze!
- Starcze?! Sam młodzieniaszkiem nie jesteś. Twoja piękna buźka może zwieść ludzi, ale nie mnie. Nie chodzi mi o władzę, jedynie o spełnienie proroctwa.
- Proroctwo?!
- Kpisz... ale udowodnię, że stanie się tak, jak zostało powiedziane!
- Powiedz lepiej, jak sam powiedziałem... jesteś jedynie hipokrytą, nie prorokiem! Wracaj tam, gdzie twoje miejsce!
- Spróbuj mnie zmusić!
- Wierz mi, że jeśli tylko nie będziesz się pilnował, wpadniesz w moje ręce, a wtedy... nigdy nie zobaczysz już swojej wyspy. Zawsze byłem przeciwny zachowywaniu waszych rezerwatów.

Leżałam w łóżku.
Nie mam pojęcia, co to było. Sen czy może znów jakaś chora wizja?
Przewróciłam się na drugi bok, próbując zapamiętać jak najdokładniej to, co owe dwa głosy powiedziały. Wtedy dotarł do mnie szept, słowa wypowiadane tak cicho, że nic z nich nie potrafiłam wyłowić.
Spojrzałam w kierunku okna...
Na parapecie, przy otwartym oknie, siedział Gandalf... to znaczy Merlin i rozmawiał, jak się wydawało z mgłą, która białą ścianą zasłaniała świat za szybą.
Nie chciałam, żeby zauważył, że nie śpię. Położyłam się na plecach i wsłuchiwałam się w szept. Po chwili zaczęły do mnie docierać pojedyncze słowa.
- Wspomnienia... musimy... czas się kończy... jeśli użyją... zginą... nie moja wina... zginąć... na pewno...
Ku mojemu zdziwieniu wyróżniłam również inny szept... jakby dobiegał od strony mgły.
- Zachować mgły... spokój... drzewa umierają...
Nagle Merlin podniósł głos:
- Uciekaj, nadchodzą – i szybko zamknął okno.
Nie odważyłam się otworzyć oczu. Starałam się oddychać wolno i sprawiać wrażenie jakbym spała. Mam nadzieję, że się dał nabrać, nic nie powiedział, a ja leżąc tak przez dłuższą chwilę, znów usnęłam.

komentarze [14]



II. Lokator >> środa, 27 września 2006 22:18:12
Nie dane mi było jednak usnąć...
Po kilku minutach mini Gandalf siedział już na mojej kołdrze i radośnie podskakiwał.
- Nie śpij!!! Nie śpij! Nie waż mi się spać!
Chciałam go strącić ręką, ale przyczepił się do niej. Nie mogłam oderwać go od dłoni... normalnie przyssał się!
Wreszcie się poddałam, usiadłam na łóżku i oparłam się plecami o ścianę.
- No to czego chcesz ode mnie? – zapytałam zirytowana.
- Od razu lepiej – mruknął zadowolony. – Zawsze wolałem ludzi skłonnych do współpracy.
- A ja zawsze byłam aspołeczna, nie nadaję się do pracy w grupie – warknęłam. – Ale pytałam: CZEGO?
- Wiesz co Morgano? To fakt, że dużo czasu minęło od kiedy ostatni raz cię widziałem, ale wtedy byłaś prawdziwą damą – stwierdził ze źle skrywaną satysfakcją.
- Moja cierpliwość się kończy – ostrzegłam go.
- To nazywasz cierpliwością?
- Mówił ci ktoś kiedyś, że jesteś denerwującym... czym ty właściwie jesteś? Pluszakiem?
Gandalf prychnął.
- Pluszakiem?! Jak możesz tak zwracać się do maga?
Zachichotałam. Małe coś, wciąż uczepione mojej ręki, właśnie ogłosiło się magiem. Chociaż... śmiech zamarł na moich ustach. Czy to normalne, że jakiś Pluszak w ogóle gada?
Miałam dwie hipotezy na ten temat. Albo już do reszty oszalałam i nawet rzeczy martwe do mnie rozmawiają, albo też faktycznie mamy tu do czynienia z magią... tylko czy branie pod uwagę hipotezy numer dwa nie jest jasnym dowodem na prawdziwość hipotezy numer jeden...
Głęboką kontemplację mojego zdrowi psychicznego przerwał Gandalf:
- Tak czy inaczej musisz mi pomóc.
- Ciekawe jak?
Pluszak puścił wreszcie moją rękę i usiadł wygodnie na kołdrze.
- Najpierw musimy sprawić, żebyś przypomniała sobie pierwsze wcielenie.
- Super, tylko tyle? Bułka z masłem.
- Zbędna ironia – mruknął. – Jednak bez swoich dawnych wspomnień, nie będziesz wstanie używać swojej mocy.
- Ooooo! Przejdź na ciemną stronę mocy, mamy ciasteczka.
- Przestań się wydurniać! – podniósł głos. – Sprawa wcale nie jest błaha. Zajumali Ekskalibura z Avalonu! – wydarł się.
- Zaju co?
- Zajumali.
- Czyli?
- Nie wiesz co to znaczy zajumali? – zdziwił się.
Pokręciłam przecząco głową, ale chyba nie dostrzegł tego w półmroku więc powiedziałam:
- Raczej nie...
- Zajumać... no nie... to inaczej ukraść.
- Zajebać – przetłumaczyłam na swój język.
- Jak wolisz, ale sens do ciebie dotarł, mam nadzieję. Ekskalibur wsiąkł.
- No i? Wielka tragedia? Miecza wam zaju... zajumali. Było pilnować lepiej? I w ogóle co to za ściema z Avalonem?
Gandalf westchnął.
- Ciężko z tobą, bardzo ciężko. Widzę, że trochę potrwa zanim uda nam się... porozumieć.
Zapadła cisza. Nie wiedziałam, czy mam coś powiedzieć, czy lepiej się nie odzywać. Pluszak wydawał się wkurzony. Widać nie docenił przeciwnika, z którym zadarł.
Uśmiechnęłam się do siebie.
„Avalon, Ekskalibur... jasne, niech mi jeszcze zza krzaka król Artur wyskoczy z wesołą kompanią i okrągłym stołem, a będziemy mieć komplet” – pomyślałam.
- Właśnie – przypomniałam sobie. – A kim był ten skrzydlaty koleś w zbroi ala legionista rzymski?
- Michał – odparł Gandalf.
- Jaki Michał?
- Archanioł Michał.
- Słucham? – zgłupiałam do reszty. - Mitologie ci się nie pokiełbasiły?
- Mitologie! – pluszak stanął na nogi i z furią zaczął się przechadzać po mojej kołdrze. – Nienawidzę tego określenia, jest takie... błahe...
- Nic nie rozumiem – stwierdziłam. – Albo zaczniesz gadać do rzeczy, albo idę spać.
- Na razie nie widzę sensu w opowiadaniu ci o tym co stało się z Avalonem, po tym jak cię stamtąd wykopano – warknął w odpowiedzi.
- Wykopano? Mnie? Za co?
Westchnął.
- No właśnie... tobie trzeba wszystko tłumaczyć. Jeśli nie obudzę twoich wspomnień... ciężki nasz los...
Znów usiadł na kołdrze, tym razem wydawał się przygnębiony.
- Avalon... nasz dom... ostatni bastion... jeśli Ekskalibur wpadnie w niepowołane ręce... kto wie co się stanie z wyspą? Nie leży ci na sercu dobro Avalonu? Czy naprawdę zapomniałaś jak tam było? Nie czujesz tęsknoty? Nie wiedzie tobą ciągły niepokój, myśl, że tu gdzie się znajdujesz właściwie nie pasujesz?
Zamilkł. Wydawało mi się, że czekał na odpowiedź, ale byłam zbyt zdziwiona jego słowami, żeby cokolwiek powiedzieć.
- Myślałem, że wspomnienia Avalonu nie można wymazać – usłyszałam po dłuższej chwili jego cichy głos.
Nagle podskoczył do mnie i po prostu walnął mnie w twarz.
- Co ty odpierdalasz? – ryknęłam.
- Musiałem – odpowiedział spokojnie.
- Niby dlaczego?
- Z dwóch powodów, po pierwsze dla własnej satysfakcji, a po drugie... jeśli wrócą twoje wspomnienia, sama będziesz wiedzieć, dlaczego.
- Mało śmieszne – mruknęłam i spojrzałam na zegarek, było prawie wpół do piątej.
Decyzję podjęłam w jednej chwili. Chwyciłam pluszaka za szmaty, złapałam jakiś walający się po podłodze kabel i przywiązałam go do kaloryfera.
- No to dobranoc – rzuciłam i wturlałam się z powrotem do łóżka.
- Czy tobie odbiło? Odwiąż mnie natychmiast! ALE JUŻ!!!!! – wydzierał się Gandalf.
Zakopałam się pod kołdrę tak, że tylko nos mi wystawał i po chwili zasnęłam.

Kiedy odezwała się budzik ustawiony w komórce, wstałam zupełnie nieprzytomna. Rzuciłam okiem na kaloryfer i od razu się rozbudziłam...
- Nie ma...
Pluszaka nie było w miejscu, w którym go przywiązałam. Natomiast kabel zwisał sobie luźno...
- Sen... – mruknęłam do siebie niepewnie. – Ten gość mi się przyśnił? A ja po nocy... lunatykuję?
Odwiązałam kabel i rzuciłam na dywan. Rozejrzałam się po pokoju. Wszystko było po staremu. Książki i wszelkiej maści makulatura walała się jak zwykle, ciuchy zwisały z krzesła, a biurko tonęło w płytkach i długopisach. Zwykły widok o poranku... tylko dlaczego w tej zwykłości dnia nagle czułam się taka... obca?
Machnęłam na to ręką i pognałam do łazienki.

Wracając z zajęć wpadłam do księgarni. Błądząc między regałami, znalazłam wreszcie to czego szukałam. Zaniosłam znalezisko do kasy i po wyjściu z księgarni już zatopiłam się w lekturze.
Avalon, śmiertelnie ranny Artur, Morgana, Glastonbury, celtyckie zaświaty, wyspa jabłek...
Nagle wpadłam na kogoś. Nawet na ową osobę nie spojrzawszy, mruknęłam „przepraszam” i szłam dalej przed siebie.
Oderwałam wzrok od książki dopiero, gdy dotarłam na przystanek. Wtedy też zauważyłam, że ktoś stoi obok mnie i czyta mi przez ramię.
- Interesuje cię to? – zapytał, gdy spostrzegł, że mu się przyglądam.
- Niejako – odpowiedziałam. – Ale nie lubię, gdy ktoś czyta mi przez ramię.
- A ja nie lubię, gdy ktoś na mnie wpada na ulicy. Z resztą nawet mnie nie zauważyłaś dotychczas, nawet na mnie wpadając.
- Przecież powiedziałam przepraszam.
- Czasami przepraszam nie wystarczy – uśmiechnął się ironicznie.
Był wysokim brunetem, o ciemnych oczach. Wydał mi się sporo ode mnie starszy.
- Jeśli pan sądzi, że w ramach przeprosin dam się poderwać, to źle pan trafił – stwierdziłam, uderzając w oficjalny ton. – Pan wybaczy, muszę iść.
- Wydawało mi się, że czekasz na tramwaj.
- W takim towarzystwie? Wolę iść piechotą.
- Tylko uważaj na kogo wpadasz.
- Zapewniam pana, że następnym razem wybiorę kogoś przystojniejszego – warknęłam i już mnie nie było.
Czyste kłamstwo, bo gdybym miała wybierać na kogo wpadam, to ów jegomość na pewno byłby na liście.
„Facet w moim typie, tylko widocznie miał zły dzień i chciał się wyżyć na otoczeniu” – oceniłam.
Nie poszłam do domu piechotą, miałam najnormalniej w świecie za daleko. Dotarłam na następny przystanek i pojechałam do domu kolejnym tramwajem, najpierw upewniając się, że nie ma w nim owego dziwnego gościa.
Wróciłam do domu później niż zwykle. Nikogo jeszcze co prawda tam nie było. Jednak kiedy weszłam do swojego pokoju, myślałam, że usiądę z wrażenia.
Na tapczanie spał sobie w najlepsze Gandalf... w wersji naturalnej.
Szybko otrząsnęłam się z szoku i z całej siły trzasnęłam drzwiami. Szyba aż zadrżała. Gandalf natomiast obudził się od razu.
- O, to ty Morgano – uśmiechnął się na mój widok i przeciągnął się. – Czekałem na ciebie.
- Musimy coś sobie wytłumaczyć staruszku – warknęłam i popchnęłam go na łóżko tak, że usiadł.
Patrząc na niego z góry kontynuowałam:
- Po pierwsze nie jestem Morganą. Po drugie lepiej zabieraj swój zadek z mojego domu, póki cię stąd gościnnie nie wykopię, po trzecie...
- Ja tu zamieszkam – przerwał mój wywód.
- Zamieszkasz tutaj......... CO?! Chyba żartujesz?!
- W żadnym wypadku. Mówię całkowicie poważnie. I myślę, że powinnaś lepiej traktować swojego nowego współlokatora.
Wstał z łóżka i poszedł do kuchni. Po chwili usłyszałam, że grzebie w lodówce.
Obaliłam się na łóżko tak jak stałam.
„Mieszkać? Współlokator? Avalon? Morgana? Kaloryfer? Lodówka?...” – myśli jakoś nie chciały się układać w jedną całość, ale wniosek był tylko jeden. – „Oszalałam!!!”

komentarze [13]



I. Wizja we Mgle >> poniedziałek, 25 września 2006 23:14:54
Właśnie skończyły się zajęcia. Stałam na przystanku, czekając na tramwaj, który łaskawie zawiezie biedną, zziębniętą mnie do domu.
Środek grudnia, zero śniegu i morderczy mróz... nie jest to mój ukochany rodzaj zimy... niestety.
Schowałam ręce do kieszeni, mimo rękawiczek czułam jak mi marzły. Wlepiając wzrok w czubek zdartego glana, zaczęłam się zastanawiać, co dobrego znajdę na obiadek w domku...
Po chwili zdałam sobie sprawę, że nie widzę mojego glana...
„Co jest kurwa?” – pomyślałam, z charakterystyczną dla siebie kobiecą delikatnością. – „Co tu się odpierdala?”
Rozejrzałam się... Biało...
„Śnieg?” – przeleciało mi przez myśl i już wielki banan wypływał na moją twarz, ślicznie zaróżowioną, niczym świński zadek, ale rzeczywistość zadała cios, bolesny jak kac o poranku. – „To nie śnieg, to mgła.”
Dotarło do mnie. Tylko jak do cholery? Po pierwsze jak mgła tak szybko, niezauważenie mogła się pojawić, jakby ją kto z nieba zrzucił? A po drugie mgła przy minus piętnastu stopniach? Nie jestem metereologiem, ale wydało mi się to co najmniej dziwne.
Jeśli jednak uznałam ten fakt za dziwny, na to co stało się później, zabranie mi określenia...

Kiedy tak stałam i rozkminiałam „co tu się odpierdala”, nie dochodząc do żadnych wniosków, usłyszałam szczęk metalu. Odwróciłam się od razu w kierunku, z którego dobiegł ten dźwięk. W końcu kto wie, może jakiś szajbus zaraz mi zajedzie nożem po plecach?
Przez chwilę widziałam tylko mgłę, lecz ów tajemniczy dźwięk zbliżał się i w końcu zobaczyłam...
Tuż koło mnie przebiegł jakiś staro wyglądający gość z białą brodą, odziany w białe ciuszki, jakby z wariatkowa uciekł. Skojarzył mi się z Gandalfem z Władcy Pierścienia i już gotowa byłam uwierzyć, że jakiś świr, biega sobie po ulicach udając postać z książki/filmu, gdy zaraz za nim śmignął facet ubrany w zbroję, niosący wysoko podniesiony miecz, jakby chciał „Gandalfa” skrócić o głowę. Wszystko pięknie, tylko skąd nasz rycerz miał skrzydełka, które nie uszły mojej uwadze... tego już nie potrafiłam rozgryźć... A żeby było śmieszniej, facet wydawał się unosić, machając co jakiś czas tym pierzem przyczepionym do pleców.
Zamurowało mnie, na miejscu...
Tymczasem dwaj wariaci minęli mnie... po niespełna minucie usłyszałam głęboki głos, należący (mogę się założyć) do skrzydlatego:
- Stój!
- Tylko miłość czeka – usłyszałam drugi głos, najprawdopodobniej „Gandalfa”.
Uśmiechnęłam się do siebie. Gość musi mieć poczucie humoru.
- Nie drwij ze mnie! – odpowiedział skrzydlaty.
„Za to ten już poczucia humoru nie ma” – pomyślałam.
- Stój, a gotów jestem ci darować.
- Wspaniałomyślny jesteś – usłyszałam odpowiedź. – Wybacz niewdzięczność, ale muszę odmówić.
Głosy znów zaczęły się do mnie zbliżać.
Z mgły wypadł „Gandalf”. Biegł przed siebie, ale głowę miał odwróconą w przeciwnym kierunku, ja z kolei nie zdążyłam zareagować na czas i BACH! Wpadł na mnie. Odbiliśmy się od siebie i upadliśmy.
„Gandalf” spojrzał na mnie zdziwiony.
- To ty? – wykrztusił wreszcie z siebie, a oczy zabłyszczały mu, jakby mnie poznał. – Myślałem, że...
Zaczął, ale nie dokończył, bo krzyknęłam:
- Uważaj!!!
Tuż za nim znalazł się skrzydlaty, unoszący miecz nad głową, gotów do zadania ciosu.
Zamknęłam oczy... nie, żebym na widok krwi jakoś omdlewała, ale też niespecjalnie miałam ochotę ujrzeć czyjąś śmierć.
Usłyszałam jeszcze szczęk metalu, a chwilę potem ktoś stawiał mnie na nogi.
- Co ty odwalasz za komedię?
Otworzyłam oczy i zobaczyłam kolegę z roku.
- Nie masz gdzie usiąść? Musisz na tym zmrożonym chodniku?
Roześmiałam się próbując zrozumieć, co tu się właściwie dzieje. Mgła znikła tak samo jak się pojawiła. Po „Gandalfie” i skrzydlatym nie pozostał nawet ślad.
- Jedziesz? – zapytał kolega wskazując nadjeżdżający tramwaj.
Skinęłam głową potakująco. Wolałam zachować tę chorą wizję dla siebie.

Do końca dnia nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Cokolwiek robiłam, powracał do mnie obraz skrzydlatego z uniesionym mieczem nad głową „Gandalfa”... Właściwie wisiało mi to, czy faktycznie coś takiego miało miejsce, czy była to jakaś chora wizja, którą, nie wiedzieć czemu, poczęstował mnie własny mózg... Jednak po prostu nie znosiłam, nie znać końca jakiejś historii...
„Co się stało z „Gandalfem”? Przeżył czy nie?” – myślałam nieustannie.
Nawet usnąć nie mogłam. Rzucałam się po łóżku, jakby mnie pchły oblazły.
Spojrzałam na komórkę. 3:57...
„Cudownie... ciekawe jak ja jutro o 8 wstanę?” – pomyślałam.
Przewróciłam się na prawy bok.
- Ała! – usłyszałam.
Usiadłam na łóżku i niezwłocznie włączyłam lampkę.
Myślałam, że moje oczy opuszczą swoje naturalne miejsce i już tam nie powrócą. Na poduszce siedziało sobie małe, pluszowe, białe... COŚ.
Przyglądając się owemu CZEMUŚ nieco dłużej, doszłam do wniosku, że właściwie jest to „Gandalf” tylko, że w wersji mini.
- Co ty robisz w moim łóżku? – zapytałam siląc się na obojętność.
W myślach już byłam na korytarzu i darłam się w niebogłosy.
- Tak mnie witasz po latach, Morgano? – zapytał z urazą.
Zakrztusiłam się śliną.
- Że co proszę? Jak mnie nazwałeś?
Przyjrzał mi się uważnie, po czym pokiwał głową, skrzyżował ręce i stwierdził:
- A rozumiem... krąg wcieleń. Wspomnień brak. Przykro mi.
- A mi nie! Wypierdalaj z mojego łóżka! – moja gościnność właśnie się skończyła.
- Wierzę, że jesteś zaskoczona wydarzeniami dzisiejszego dnia, jednak potrzebuję twojej pomocy i nigdzie się bez niej nie ruszę.
- To smutne, ale nie znam cię, nie mam zamiaru cię poznać, a mama zawsze mówiła nie rozmawiaj z nieznajomymi.
Uniosłam poduszką na której siedziała maskota, nie większa niż na 30 cm, i po prostu zwaliłam ją na podłogę. Po czym wyłączyłam światło i stwierdziłam, że to bardzo chory sen, był...

komentarze [13]





º design by Rain º